1 listopada… jakby ten sam a jednak kolejny

Alejki kolorowe a krzyże jednak białe

Niby radośnie, odświętnie, uroczyście a jednak smutno

Traumatycznie

Wszechogarniająca pustka

W dłoniach ściskany zimny mokry kamień

Na zewnątrz wilgotne krople, pod powiekami wilgotne krople

Słońce ich nie osuszy…

Nie dziś.

20161101_160025

 

Dziś nasze serca kruszą się na nowo, nasze ramiona przygarbione pod ciężarem tej potworne pustki, nasze myśli tak przepełnione smutkiem, przez duszę i umysł przelewa się nostalgia, miłość, pamięć wiecznie żywa…

Nasze dusze i serca płoną żywym ogniem jak kolorowe znicze

Dając światło w ciemności by nie błądzic po omacku…

Dla naszych Aniołeczków kochanych zapalam tęczowe światełko ❤ (*)

Córeczko ukochana miłość nie kończy się u bram śmierci. Żyjesz w naszych sercach i naszej pamięci ❤

 

Dzień Dziecka Utraconego 2016

To już czwarty rok jak obchodzimy to Święto…

20161015_155650

Chciałabym by obchodzenie tego dnia wiązało się z radością , bo przecież święto należy świętować, a ja cały czas się tego uczę.

I chyba nie za dobrze mi to wychodzi. Ale naprawdę się staram.

Były kwiaty. I światełka. I pamięć.

I żal. I tęsknota też była, ogromna rozrywająca serce.

Całusy też były.

Moja córeczka.

I msza była. To chyba już taki rytuał, ale z ogromnej potrzeby serca.

I przemyślenia.

Ksiądz powiedział musicie puścić te swoje dzieciaczki, pozwolić im odejść do Pana…

Opowiedział też historię łudząco podobną do sytuacji w której sama się znalazłam.

Mój synek, który był malutkim chłopcem kiedy byłam w ciąży z Otysią, codziennie w  modlitwie wspomina swoją zmarłą siostrę. I wydawało by się że pamięta tamten czas, niestety nie pamięta Jej…

Kiedy zapytał mnie kim była Otysia, wstrzymałam oddech. Spokojnym głosem zapytałam dlaczego pyta, przecież wie kim była. On jednak powiedział że nie rozumie że Oti była jego siostrą, no bo jak, nie widział jej, nie bawił się z nią, nie mieszkała z nami. Miał rację.

Nie było jej fizycznie i namacalnie w naszym życiu. Mamy zdjęcie ale ono nie oddaje chyba tego w odpowiedni sposób by siedmiolatek mógł osadzić swoją siostrę w naszej codzienności, choć na chwilę bo tej chwili zwyczajnie nie było. Z jednej strony cieszyło mnie że zaczyna pytać to znaczy że o tym myśli, myśli o Otysi. Zaczęłam tłumaczyć najlepiej jak potrafiłam od początku co się stało z Otysią. Wysłuchał mnie uważnie ale już nic o tym nie wspomniał.

Za kilka dni jechaliśmy autem. I wtedy Miki mnie zaskoczył, aż się uśmiechnęłam. Miki stwierdził że nie jest nas pięcioro, tylko sześcioro, że Otysia miała na nazwisko tak samo jak my więc nasza rodzina liczy 6 osób. Mój wspaniały mądry synek. :)

Bo to przecież prawda. Cieszę się że zaczął pytać to znaczy że zaczyna rozumieć, co więcej myślę że Otysia zajmuje jakiś kawałeczek jego serca i będzie pamiętał zawsze o malutkiej siostrzyczce. Chciałabym mieć zdjęcie na którym jesteśmy wszyscy i cień naszej córeczki…

298077_2139005071848_1147795830_31940312_64617221_n

Aborcja – różne odcienie szarości

Mam je cały czas.

Skierowanie na terminację ciąży.

Wklejone w album mojej martwo urodzonej córeczki.

I właśnie dlatego że je mam, mam również prawo głosu.

I jestem przeciw.

Jestem przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego!!!

 

Ja kobieta, matka, katoliczka, osoba która namacalnie dotknęła problemu terminacji ciąży i która nie zdecydowała się świadomie lub mniej świadomie na terminację, jestem przeciwko całkowitemu zakazowi aborcji.

Jestem za  – pozostawieniem prawa do terminacji ciąży w obecnym zapisie prawnym, pozwalającym na terminację ciąży w trzech konkretnych przypadkach!

Przypomnę zatem:

- ciąża stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia ciężarnej kobiety

- badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu

- zachodzi uzasadnione podejrzenie że ciąża powstała w wyniku czyny zabronionego ( czytaj – gwałtu, na kobietach ale i dziewczynkach)

Celowo staram się  nie używać słowa aborcja. Dlatego że środki masowego przekazu zdążyły mi w tym temacie zrobić „bigos z mózgu” tak jak większości naszego społeczeństwa i co więcej nadal to robią. I dlatego aborcja nierozerwalnie kojarzy mi się ze zdjęciem rozrywanego dziecka( płodu) co więcej te zdjęcia obarczone są podpisem że tak wygląda aborcja 24 tygodniowego płodu w obecnych czasach co jest zwykłym zakłamaniem i propagandą zmierzającą do wojny wyznaniowo- światopoglądowej. W moim odczuciu słowo aborcja kojarzy mi się z usunięciem zdrowego płodu z powodu określanego mianem nazwijmy to „fanaberii”. Terminacja ciąży to jej przerwanie, czyli terminowanie jej z powodów nazwijmy to „wyższych” które dobitnie zawarte są w obecnie panującej ustawie, które to pozwalają na terminację ciąży w iście ekstremalnych przypadkach.

Chciałabym podejść do tematu na chłodno by ogarnąć jakoś chaos i gniew wzbierający we mnie kiedy próbuję zrozumieć motywy jakie kierują wszystkimi rządzącymi którzy usilnie dążą do zmiany ustawy jak również ich zwolenników. Niestety na chłodno raczej mi się nie uda bo zbyt dosłownie liznęłam ten temat by patrzeć z perspektywy przypadkowego obserwatora.

Co mnie ostatnio najbardziej zadziwia. Ogromna ilość historii które zalewają portale społecznościowe czy fora. Wiem, uwielbiamy takie historie z CUDEM w roli głównej. Zachwycamy się nimi, one dają nadzieję, radość, powiewają optymizmem, potwierdzają siłę naszej wiary, niestety nie zadajemy sobie trudu by spojrzeć do statystyk i zobaczyć że za jednym cudem stoi milion  tragicznych zakończeń podobnej historii. Nie każda historia, a tak naprawdę jedna na milion ( z dzieckiem z wadą letalną w tle które rodzi się zupełnie zdrowe, czy z matką która rodzi zdrowe dziecko nie zagnieżdżone prawidłowo w macicy, bez uszczerbku na zdrowiu czy życiu, czy małoletniej matce która fizycznie nieprzystosowana rodzi zdrowe dziecko i jest szczęśliwą matką)  ma happy end. Najbardziej przeraża mnie to że  te historie wywołują potworne wyrzuty sumienia w kobietach które i tak są już dostatecznie naznaczone przez własne tragedie i mimo ich żarliwych modlitw nie doczekały cudu, czyli wychodzi na to że na ten cud nie zasłużyły…

Wojna na argumenty trwa. Niestety po tej drugiej stronie liny, argumentów brak. To tak jak z dzieckiem- nie bo nie, a tym przypadku- tak chcę i tak będzie. Jedynym argumentem ludzi dążących do zaostrzenia prawa jest podobno ochrona życia, czy aby na pewno o to chodzi? Tak na równi z tym argumentem jest również kolejny wiara. Mam jednak wrażenie że w tym aspekcie ocieramy się już o fanatyzm religijny. I to jest naprawdę przerażające!!

Musimy pamiętać o tym że nie ma dwóch jednakowych historii, dwóch jednakowym przebiegów ciąży nawet w przypadku dwóch jednakowych wad genetycznych, nie ma również dwóch jednakowych kobiet o takich samych uwarunkowaniach psychofizycznych ale i również rodzin mających ten sam status materialny, bo często o tym zapominamy ale to bardzo ważny wyznacznik. Każdy ale to każdy przypadek jest inny.

*********************************************************************

Opiszę zatem w skrócie moją historię, by wyjaśnić dlaczego mam skierowanie na terminację i dlaczego go nie wykorzystałam, a mimo to jestem przeciwnikiem zaostrzenia prawa aborcyjnego. Moja trzecia  ciąża do 11 tygodnia przebiegała książkowo, pomijając fakt że mój organizm już tak książkowo nie reagował. Wymioty były bardzo uciążliwe a ja byłam w tej kwestii wyjątkowo uparta, bo co zwróciłam to jadłam z powrotem, wymiotowałam do ośmiu razy dziennie i z powodu wymiotów znalazłam się w szpitalu.

W 11 tygodniu ciąży w pracy dostałam plamień. Potem wydarzenia potoczyły się w ekspresowym tempie, wieczorna wizyta u lekarza, stwierdzenie na podstawie obrazu usg poważnej wady genetycznej z uwagi na bardzo wysokie NT( 9 mm), rozmowa o odrzucaniu ciąży przez mój organizm, szok, zaprzeczenie, łzy, internet w celu poznania terminu- uogólniony obrzęk płodu, nerwy, dreszcze, krwotok, tego samego wieczoru szpital. W szpitalu spędziłam trzy dni, upojona relanium, czekając na samoistne poronienie. Jednak ze szpitala wyszłam w ciąży, w ręku ściskając numer telefonu do lekarki od badań prenatalnych, jakby była to przepustka do odczarowania złych rokowań. Kiedy zadzwoniłam zostałam przyjęta na cito.

Testy Papa okazały się w moim przypadku zbędne z powodu wielu widocznych wad, jedynym badaniem dającym jasną i konkretną odpowiedź z czym mamy do czynienia pozostała amniopunkcja. Wskazaniem było podejrzenie jednej z trzech wad genetycznych mianowicie: Zespołu Downa, Zespołu Edwardsa, Zespołu Pataua. ( Proponuje poczytać i obejrzeć zdjęcia by zrozumieć temat, choć zapewne niewiele osób to zrobi) Co więcej otrzymałam od mojej Pani doktor skierowanie do psychologa i chce w tym miejscu zauważyć że jestem w nielicznym procencie kobiet w Polsce, a mam kontakt z wieloma, które doświadczyły wady genetycznej dziecka i które otrzymały taką pomoc, co więcej większość tych dzieci zmarła w trakcie ciąży i nawet po tym ich mamy nie otrzymały stosownej pomocy psychologicznej.

Tylko ten kto mnie znał w tamtym czasie wiedział jak walczyłam o życie mojego dziecka. Co więcej otoczenie reagowało zdziwieniem moją postawą. Myślicie że te wszystkie kobiety czy mężczyźni tak żarliwie chodzący do kościoła są przeciwni aborcji jesteście w błędzie. Są, a jakże, dopóki to nie dotknie bezpośrednio ich rodzin. Kiedy  drugim razem wylądowałam w szpitalu moi rodzice, katolicy zapytali mojego męża dlaczego ja jeszcze chodzę w tej ciąży. Kiedy mój mąż zapytał a co niby mam zrobić zapadła głucha cisza. I mimo że nie padło żadne słowo wszystko zostało powiedziane. Nie mogłam w to uwierzyć, jak oni wierzący ludzie mogli mi zadać takie pytanie, co więcej postanowili nie chwalić się nikomu że zostaną dziadkami. No bo jak chorego wnuka?

W tym właśnie czasie kiedy byłam w szpitalu lekarz który przyszedł na obchód odmówił mi badania twierdząc że poznał z karty mój przypadek oraz pamięta mnie z poprzedniego pobytu i nie widzi potrzeby wykonania usg jak to powiedział – Sama Pani rozumie wszyscy chcemy by rodziły się zdrowe dzieci. Normalnie bym się na niego wydarła ale wtedy dosłownie straciłam głos i możliwość logicznego myślenia, te wydarzenia i to co powiedziała mi psycholog( że mam traktować każdy dzień tej ciąży jak mi darowany…) sprawiły że postanowiłam walczyć o życie córki za każdą cenę.

Całymi dniami siedziałam i internecie i szukałam podobnych przypadków, lekarzy i wysyłałam maile z prośba o pomoc. Zaczęłam również czytać o każdej z tych wad genetycznych oraz o uogólnionym obrzęku by móc się przygotować. Moja wiedza była naprawdę ogromna, zadziwiałam nawet własną lekarkę. w necie znalazłam stronę jedynego w tamtym czasie Hospicjum Prenatalnego w Warszawie i chłonęłam każdą informację o pomocy jaką oferują.

Na wynik amniopunkcji czekaliśmy miesiąc. Nie zapomnę kiedy siedziałam z mężem w poczekalni Kliniki In Victa i ściskałam w ręku białą kopertę z wyrokiem i pragnęłam w duszy bym znalazła odpowiedź na co chore jest moje dziecko. Informacje były dwie i dwie pomyślne ( teoretycznie) okazało się że noszę pod sercem córeczkę i że jest zupełnie zdrowa pod kątem genetycznym.

To był szok nie wiedziałam czy się cieszyć, bo nadal nie wiedziałam z jakiego powodu doszło do uogólnionego obrzęku płodu i jak z nim walczyć, do tego czasu doszły inne wady, wodniaki karku i inne nieprawidłowości w funkcjonowaniu jej narządów. Kolejne usg pokazało ustąpienie obrzęku, co było jak sen, myślałam że wygraliśmy, mój lekarz postanowił że mogę do niego wrócić że zajmie się znów moją ciążą. Myślałam że to cud.  Niestety nasza radość nie trwała długo, kolejne badanie pokazało że wszystkie te objawy wróciły z podwójną siłą. I wtedy byłam już psychicznym wrakiem. Mój organizm nie dawał rady miałam problemy z oddychaniem ( bezdechy nocne) i z sercem, wyglądałam jak cień człowieka. Wtedy trafiłam do innego lekarza do kliniki prenatalnej bo wiedziałam że miał takie przypadki w swojej praktyce i otrzymałam bardzo rzetelny obraz sytuacji i skierowanie na terminację ciąży. Skierowanie dosłownie paliło mnie w ręce. Nie wyobrażałam sobie że mogłabym… wtedy jeszcze nie.

Moim najwierniejszym przyjacielem stał się detektor ciąży, niestety nie czułam już ruchów dziecka które jeszcze nie tak dawno na usg radośnie fikało nóżkami. Moja córka cierpiała niewyobrażalnie, i ja matka nie mogłam jej w żaden sposób pomóc, bo gdyby się urodziła chora można by uśmierzać jej ból jednak w brzuchu nie było takiej możliwości. Lekarze rozkładali ręce.   Wizyty miałam już co dwa dni, z każdą z nich było coraz gorzej, kiedy siedziałam w aucie wracając kilkadziesiąt kilometrów z kolejnej wizyty i wpatrując się tępym wzrokiem w opis byłam zdruzgotana, w głowie w zwolnionym tempie przesuwały mi się kadry mojej umierającej córeczki. Zdjęcie po zdjęciu. Obrzęk wynosił już 2 cm na całym ciele, wyobrażacie sobie ??? Obrzęknięte łożysko miało grubość prawie 8 cm. Serce przesunięte w prawo, uciśnięte przez hipoplastyczne płuca, ocena utrudniona,, płyn w jamach opłucnowych obustronnie, płyn w brzuszku, niepracujące nerki, nieprawidłowe  przepływy UA, MCA, TRV, DV , wiele rubryk z napisem ocena utrudniona lub niemożliwa, moja córka nie otrzymywała tyle pokarmu co powinna, nie otrzymywała tyle tlenu co powinna, większy z dwóch wodniaków karku był prawie wielkości główki córeczki, jednak najbardziej dobiła mnie informacja że woda zbiera się również w tylnym zbiorniku mózgu, a kości czaszki pod naciskiem obrzęku zaczynają na siebie nachodzić. Spróbujcie sobie to wyobrazić !

Ja nie umiałam mimo iż widziałam to na obrazie usg. Nie umiałam sobie wyobrazić jej cierpienia. Cena jaką przyszło jej zapłacić za to bym mogła ją urodzić i przytulić była ogromna, jedyne czego doświadczyła w swym krótkim życiu to potworne cierpienie.

To było moje ostatnie badanie, dostałam wtedy wskazanie do hospitalizacji ze względu na krytyczny stan płodu. Pani doktor zaczęła się bać również  o moje zdrowie, tłumaczyła mi że tak jak mała powinna czerpać ode mnie tak samo oddaje mi te wszystkie toksyny. Wyglądałam jak śmierć, dosłownie. Wtedy wieczorem po powrocie do domu postanowiłam zadzwonić do lekarza który wypisał mi skierowanie na terminację ciąży. Był 23 tydzień ciąży. Biłam się z myślami. Odniosłam w tej walce ogromne rany, jednak rozsądek kazał mi rozważyć taką ewentualność. Nigdy przez całą ciąże nie myślałam że będę musiała podjąć taką decyzję, byłam przygotowana na urodzenie córki, moja świadomość jej choroby była bardzo duża wiedziałam gdzie szukać pomocy. Niestety doszłam do ściany i tak oto musiałam rozważyć terminację ciąży nie dla swojego dobra tylko dla mojej córki.

Pan doktor pamiętał nasz przypadek. Musiałam wiedzieć jak wygląda ten zabieg, jak wygląda terminacja ciąży. Krok po kroku, minuta po minucie, jak przebiega poród i czy moja córka ma szansę urodzić się żywa. Byłam wyczerpana nie swoją fizycznością czy nawet psychiką, nie ja tu byłam najważniejsza. Zrozumiałam że dla moich poglądów religijnych czy dla „czystego sumienia” zamieniłam się w potwora, co więcej stałam się potworną egoistką. Matką która przyglądała się potwornemu cierpieniu swojego dziecka. Musiałam wiedzieć jak mogę ulżyć jej w tym cierpieniu. Pytania wystrzeliwały z moich ust do słuchawki jak z karabinu, jedno po drugim, całymi seriami. Musiałam przetrawić i rozłożyć na czynniki pierwsze wszystkie moje obawy, wszystkie moje emocje. I w tym momencie pragnę zaznaczyć że terminacja ciąży to nie rozrywanie dziecka po kawałku, tylko normalny poród wywołany farmakologicznie.  I co dziwne po tej całej rozmowie Pan doktor, mimo że on sam wystawił mi skierowanie na terminację ciąży, powiedział bardzo łagodnym głosem

- Proszę nie decydować się na zabieg Pani sobie z tym nie poradzi.

Zachował się jak psycholog, tak bardzo potrzebny kobiecie w ciąży w tak bardzo traumatycznym czasie i tak bardzo deficytowy. Nie zdecydowałam się na terminację ciąży, nie pojechałam również do szpitala mimo skierowania. Mój synek miał mieć urodziny postanowiliśmy z mężem że poczekamy dwa dni, obiecałam mu jednak że zaraz po urodzinach synka położę się w szpitalu. Niestety moja córeczka zmarła we mnie i urodziła się w dniu urodzin synka. Tylko dlatego że Ona tak walczyła o swoje życie mogłam ją wziąć w ramiona i utulić. Niestety już martwą. Lekarze w 11 tygodniu nie dawali jej żadnych szans kazali przygotować się na poronienie. Dla tej wspólnej chwili ona zniosła olbrzymie cierpienie nie do uniesienia chyba przez osobę dorosłą. Dziękuję jej za to każdego dnia. Jednak gdybym w tamtym czasie zdecydowałabym się na terminację, możliwe że trzymałabym ją w ramionach jeszcze żywą…

**************************************************************

Mój przypadek pokazuje jak ważna jest szczególna opieka nad kobietą oczekującą chorego dziecka, opieka nad nią i jej rodziną. Pomoc psychologiczna dla niej ale i również dla jej męża i dla jej dzieci. Nie oszukujmy się kobieta  w ciąży wysokiego ryzyka i w ciąży z chorym płodem nie są przyjmowane w gabinetach nawet tych prywatnych z otwartymi rękoma. A jeśli w życie wejdą zaostrzenia Rządu to kobieta z ciężko uszkodzonym płodem będzie dla tego lekarza jak „wrzód na dupie”, jak trędowata, tego chcemy w naszym jakże oczytanym społeczeństwie?  Mój lekarz prowadzący za co mu szalenie dziękuję przekazał mój przypadek swojej koleżance, która była fachowcem od badań prenatalnych.  Nie chcę nawet myśleć jak wyglądała by opieka medyczna nad moją ciążą w gabinecie na fundusz, gdzie na wszystkie badania które musiałam zrobić nie było by o ironio funduszy. Gdzie nawet w ciąży obarczonej wadą genetyczną usg prenatalne należy się na fundusz raz na trymestr. Ja miałam usg pod koniec ciąży nawet dwa razy w tygodniu.

To nie zbrodnia, że kobieta nosząca w sobie chore dziecko się boi. Każdy boi się nieznanego. Ja również bałam się choroby swojej córeczki, ale dzięki swojej sile i samozaparciu jak i również dzięki temu że chciałam wszystkim na przekór udowodnić że nam się uda, walczyłam ze wszystkich sił. Ale rozumiem, że nie jedna kobieta nawet pod presją rodziny poddałaby się o wiele wcześniej i wiecie co miałaby do tego pełne prawo !

Dlatego nie rozumiem dlaczego Rząd chce zaostrzenia prawa aborcyjnego a nie robi kompletnie nic w zakresie pomocy kobiecie w tak traumatycznym momencie. Dlaczego musi korzystać z prywatnej praktyki lekarskiej a nie może korzystać na fundusz, ja w ostatnim miesiącu ciąży wydałam ponad 1000zł, na lekarzy na to by otrzymać choć cień nadziei że moja córka będzie żyć, by ktokolwiek chciał mi chociaż ten cień nadziei dać. Co więcej o Hospicjum Prenatalnym dowiedziałam się nie od lekarza tylko z internetu. Dlaczego Hospicja Prenatalne nie są dofinansowywane przez Rząd?

Pani Premier dlaczego nie postawiliście na uświadomienie młodej zagubionej, przerażonej matki, dlaczego nie oferujecie Jej pomocy psychologicznej? Dzięki takiej pomocy mogłaby się zastanowić i przygotować na urodzenie chorego dziecka, nawet po to by je tylko przytulić i pożegnać. Mogłaby w sobie przepracować psychicznie, świadomie jakie są realne szanse by jej dziecko mogło godnie żyć. Bo dla każdej matki najważniejsze jest by jej dziecko miało prawo do poszanowania jego godności a czy w naszym kraju kobieta która dostaje zasiłek w wysokości 150 zł na chore dziecko może mu zapewnić godne życie?

Bardzo modne wśród polityków stało się sprowadzanie każdej wady genetycznej czy letalnej do Zespołu Downa, ale czy to słuszne i nie krzywdzące ? Każdy mówi i uśmiechniętych dzieciach z ZD. Nikt za to nie mówi o uśmiechniętych dorosłych z ZD. Bez uporu i bez pieniędzy, dużych pieniędzy ich rodziców nie mają  żadnych szans na taki uśmiech co więcej nie mają szans na godne życie.  Nie ma żadnych ośrodków dla dorosłych chorych zaczynając od autyzmu po inne wady genetyczne. A niestety nie każda wada genetyczna lub letalna to ZD, ile przypadków tyle chorób, co więcej warto zauważyć że sama wada genetyczna nie jest tu najgorsza ale szereg towarzyszących jej nieprawidłowości w funkcjonowaniu całego organizmu. Stopień zaawansowania wady zawsze jest inny może nieść za sobą mniejsze lub większe upośledzenie.

Więc nie sprowadzajmy dyskusji o prawie do aborcji na podstawie ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu do tylko jednej wady genetycznej jakim jest ZD.

Nie wyobrażam sobie sytuacji w której kobiecie odmawia się prawa do badań prenatalnych które ujawniają wadę genetyczną. Ja modliłam się o wadę genetyczną, chciałam wiedzieć z czym mam do czynienia jak miałabym się przygotować na przyjęcie chorego dziecka nie wiedząc z jaką chorobą mam do czynienia? Tu nie chodzi o zastraszenie matki w tak traumatycznym czasie  i zostawienie jej z tym problemem samej sobie  tu chodzi o uświadomienie jej gdzie szukać pomocy i oferowanie jej różnych form pomocy!

Nie wyobrażam sobie sytuacji w której w okresie prenatalnym odmawia się dziecku operacji ratującej lub poprawiającej komfort życie z powodu braku dostępu do badań prenatalnych. Jak można zaprzepaścić takie osiągnięcia w medycynie.

Nie wyobrażam sobie sytuacji w której kobieta która jest matką i jest w ciąży zagrażającej jej życiu i nie ma prawa do terminacji ciąży. Ludzie są czynniki wyższe?? Jak to się ma do sytuacji kiedy zarodek zagnieździ się w jajowodzie a nie w macicy, dziecko i tak nie ma szansy się urodzić żywe, kobieta ma umrzeć dla zasady, ma zostawić dzieci i męża, ma poświęcić swoje życie, przecież życia tego dziecka nie da się uratować ! Nad czym tu dywagować ?!

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której okazałoby się że została zgwałcona dziewczynka musi urodzić dziecko swojego oprawcy w wieku dajmy na to 11 lat, ludzie jesteście potworami i bestiami w ludzkiej skórze i macie czelność twierdzić że to w imię Boga, którego ??? Gdyby chodziło o moją córkę stanęłabym na głowie by znaleźć rozwiązanie a byłoby ono tylko jedno, by ratować jej życie wywiozłabym ją z tego kraju by mogła terminować ciążę, i mówię to świadomie jako matka która urodziła martwe dziecko, o życie którego walczyła całe 6 miesięcy i poruszyła niebo i ziemię by je uratować i niestety nie dostąpiła cudu !!!

W tej całej dyskusji nie chodzi o to jedno życie ale o życie całej rodziny. Tu chodzi o wolność. O wolność wyboru! Bo co z tego że zmusi się zgwałconą dziewczynkę do „heroizmu” i wymusi na niej poród skoro ona zaraz po tym odbierze sobie życie? Albo ojciec który zostanie sam po stracie żony z trojgiem dzieci nie uniesie ciężaru żałoby i wpadnie w alkoholizm lub również odbierze sobie życie, sytuacje można mnożyć, ile przypadków tyle rozmaitych historii.

Kobieta musi mieć wybór, i musi podjąć go świadomie. Jeżeli będzie chciała być wierna swoim przekonaniom religijnym niech tak będzie ale jeżeli czuje inaczej niech ma wybór. Bo ta decyzja nie tylko na jej życie będzie miała ogromny wpływ.

Ale czy ktoś kto nie miał tak traumatycznych przeżyć jest w stanie zrozumieć drugiego człowieka… Jeśli nawet go nie rozumie niech go nie ocenia, bo nie ma do tego prawa. Niech da mu prawo do wolności sumienia.

Nie rząd będzie mnie przecież rozliczał tylko Bóg, który pozwolił na to by moja córka była chora, walczyła o życie i przegrała je na samym starcie. Panie Prezesie proszę odpuścić sobie zabawę w Boga.

Na miłość Boską!

A… i jestem katoliczką.

Niech więc nastanie CZARNY PONIEDZIAŁEK

indeks

A jeśli chodzi o moje przekonania jestem również zwolenniczką In Vitro. c.d.n.

 

 

Październikowe rozterki

Jeszcze nie tak dawno sen z powiek spędzał mi dzień dziecka. Słońce, lato, lody, uśmiechy, podarunki dla moich dzieci. Dziś sen z powiek spędza mi kolejna karta w kalendarzu. Kolejny miesiąc, co dziwne wcale nie chcę go pominąć. Czekam na niego z jakimś dziwnym wręcz utęsknieniem.

Wrzesień wlecze się niemiłosiernie. Każdy kolejny dzień jest jak potworna tortura.Zamykam oczy a kiedy je otwieram ciągle jest wrzesień.

Planuję. W myślach kreślę projekt nasączony wonią martwych kwiatów. A jednak kolorowych,  a jednak radosnych, z dziecięcą niecierpliwością przebieram nogami by to było już. Bym mogła coś zrobić, ręce palą się do stworzenia czegoś niepowtarzalnego, czegoś wyjątkowego, czegoś tylko ode mnie dla Niej.

Myślę jakie kwiaty dobrać, jaką kolorystykę, by była zarówno jesienna, ale i niewinna, dziewczęca… anielska.

Koszyczek, a może floret.

Róże czy  może storczyk.

Różowe, a  może jednak białe, czy znów pastelowe odcienie jesieni.

Dzień Dziecka Utraconego.

Utraciłam znów poczucie codzienności. Przeszłość wypełnia mnie do szpiku kości.

Utracona przeszłość.

Utracona przyszłość.

Utracone chwile.

Utracone życie.

Otysiu…

Przypływ

Nastąpił tak szybko że nie zdążyłam nawet mrugnąć.

Łzy cisnęły się do oczu, nie mogłam już nic zrobić. Wszelkie próby  opanowania ich spełzały na niczym.

Szloch.

Pozwoliłam im płynąć. Działały oczyszczająco. Tak długo blokowałam w sobie uczucia.

     **********************************************

Byłam w pracy. Kolega zapytał. Opowiedziałam mu w skrócie o ciąży, córce,  obrzęku i śmierci. Już dawno nie streszczałam nikomu naszej historii.  Nie musiałam i nie chciałam. To dla mnie bardzo intymne odczucia. Kiedy mówiłam jak zwykle skupiłam się na obrzęku, od strony medycznej. Ani razu nie wymieniłam Jej imienia, wiedziałam że jeśli to zrobię, po prostu się rozsypię.

Była 5 rano.  On nie pytał, nie komentował, chyba nie uniósł naszej historii. Przerosła go. Tak przerosła tego postawnego mężczyznę historia o małej kruszynce.

Zostałam sama.Nie zdążyły się za nim zamknąć drzwi…

a ja wyłam jak bóbr.

Motylek dla Motylki

SERDUSZKO OTI

Byłaś, jesteś i będziesz blisko.

Zawsze, córeczko.

Zrobiłam dla chłopców serca personalizowane a dla mojej córeczki motylka. Nie muszę chyba pisać jak trudne to było wyzwanie. Moja emocjonalność dała mi mocno w kość. Jednak w efekcie końcowym wysiliłam się nawet na uśmiech.

Oprawię wszystkie obrazki w ramki i powieszę na piętrze. Tak bardzo chciałabym mieć wszystkie dzieci przy sobie. Patrzeć jak dorasta. Jak chłopcy się Nią opiekują…

Tak bardzo…