Archiwa kategorii: darowane nam… dni, tygodnie, miesiące… życia Otylki

Motylek dla Motylki

SERDUSZKO OTI

Byłaś, jesteś i będziesz blisko.

Zawsze, córeczko.

Zrobiłam dla chłopców serca personalizowane a dla mojej córeczki motylka. Nie muszę chyba pisać jak trudne to było wyzwanie. Moja emocjonalność dała mi mocno w kość. Jednak w efekcie końcowym wysiliłam się nawet na uśmiech.

Oprawię wszystkie obrazki w ramki i powieszę na piętrze. Tak bardzo chciałabym mieć wszystkie dzieci przy sobie. Patrzeć jak dorasta. Jak chłopcy się Nią opiekują…

Tak bardzo…

Prezent zapakowany na 9 miesięcy…

Siedzieliśmy z mężem w aucie, kiedy zapytał jaki prezent sprawić mi pod choinkę. Zamyśliłam się. Cóż, w sumie to nic nie chcę, pomyślałam. Nic oprócz tego, jednego pragnienia.

- Kochanie – przeciągałam moją wypowiedź – jest coś co bym chciała dostać od Ciebie na święta, wiesz co, prawda. – Mrugnęłam porozumiewawczo. – I wiesz co jest w tym najlepsze, teoretycznie nic Cię to nie będzie kosztowało, oprócz masy przyjemności.- Obdarzyłam go jednym ze swoich rozbrajających uśmiechów i wzrokiem kota ze Shreka. ;)

- Nic? No  tak, teoretycznie… sama mówiłaś że wychowanie dziecka to koszt około 250 tysięcy złotych, więc to nie takie nic.- Wyszczerzył ząbki w uśmiechu.

- Tak tylko pod warunkiem że przeżyje….- Tego nie powiedziałam na głos, pomyślałam tylko. I nie mogłam się uwolnić od tej myśli… Nie chciałam mu tego mówić, wiem że On się tego panicznie boi. Dobry nastrój wyparował w ułamku sekundy…

Takie melancholijne te święta…

IMG_20131027_164123

Strata dziecka odcisnęła się tatuażem na mojej duszy, ja odcisnęłam tatuaż na skórze by móc żyć dalej…

Tatuaż boli. Wbrew wszystkim opiniom tatuaż boli. Kiedy podpisałam już „wyrok”, zapytałam czy tatuaż boli, usłyszałam że nie, że to tylko takie nieprzyjemne uczucie. Bolało, najmniej przyjemnie na kręgosłupie, aczkolwiek widok efekt końcowy wynagrodził nieprzyjemny ból.

Kiedy siedziałam i czekałam na swoją kolej, przeglądnęłam niemal wszystkie katalogi ze zdjęciami. Niektórymi byłam wstrząśnięta inne przyprawiały o mdłości, jeszcze inne rozśmieszały, ludzie tatuują różne części ciała a tematyka od prostych wzorów, do takich które poziomem artystycznym nie odbiegałyby od wielkich uznanych dzieł.

Byłam zdenerwowana. Bałam się siebie i swoich reakcji. Emocji. Czy bałam się bólu? Nie. Aczkolwiek można by nakręcić niezły filmik możliwości wyginania twarzy, rozbudziłam nie jeden mięsień o którego istnieniu nie miałam pojęcia, aż do tej chwili. Zmarszczki mimiczne pewnie się pogłębiły, ale ogólnie chyba dałam niezły trening mojej skórze :)

Kiedy poprosiłam o pierwszą przerwę minęły prawie 3 godziny. Ciężko jest utrzymać ciało w jednej pozycji, ale nie marudziłam. Chciałam być twarda jak ten postawny mężczyzna, któremu wykonywano tatuaż na łopatce, on nawet raz się nie skrzywił, cały czas prowadził konwersację, ja nie umiałam zebrać myśli a co dopiero rozmawiać. Choć  z ilości posiadanych tatuaży wywnioskowałam że to dla niego bułka z masłem. W końcu mogłam rozprostować kości, Jacek poprosił bym spojrzała w lustro… bałam się. Nie dałam rady. Poszłam do łazienki i dopiero tam w poczuciu intymności chwili spojrzałam w lustro. Zobaczyłam Otylkę… szok. Była piękna.

Kiedy znów usiadłam przełykałam emocje i łzy. Wtedy Dagmara zapytała – Ile Otylka ma lat?

To pytanie usłyszałam drugi raz. Dokładnie w takiej formie. Zaskoczyło mnie totalnie, myślałam  że tatuaż jest tak jednoznaczny, że mówi wszystko. Powiedziałam szybko

- Nie ma…- i urwał mi się głos. Dagmara zaczęłam głaskać mi ramię i przepraszać. Nic się nie stało, miała prawo nie wiedzieć, tylko że w tym momencie żałoba przycisnęła mnie ze zdwojoną siłą.

Kiedy po pięciu godzinach zobaczyłam efekt końcowy zaniemówiłam. Ogarnęło mnie szczęście i radość. Pomyślałam sobie, że kończę pewien etap żałoby. Nie potrzebuję już figurek aniołków. Mam mojego anioła. We mnie się zrodziła i we mnie umarła. Na zawsze zostanie przy mnie. Moja Otylka.

Mam jeszcze napis na przedramieniu – I am an Angel mum. Jest również piórko z kropelką, łzą. Łza jest symbolem i tęsknoty i cierpienia, ale również radości. Bolało. Tutaj już byłam wykończona, ciągle pytałam jak osiołek w Shreku -  daleko jeszcze ? Zaciskałam jednak zęby, czym że jest ból fizyczny… w porównaniu ze stratą.

- Jeszcze trochę, zaraz kończymy – uspokajał Jacek, Kiedy patrzyłam jak igły wbijają się w skórę podświadomie bolało bardziej. I wtedy dowiedziałam się że są kolory które bolą inaczej, myślałam że mnie wkręca, ale nie biały bolał cholernie, igły wchodziły głębiej. Wytrzymałam jednak, choć byłam już u kresu sił. Było warto.

Chciałabym bardzo serdecznie podziękować Jackowi, który ożywił moje pragnienie…

jak się pożegnać… jak wykorzystać czas… który się już skończył

Minęło już piętnaście miesięcy… od pożegnania. Czas płynie nieubłaganie, nie daje się spowolnić, zatrzymać. Jest głuchy na moje błaganie by przystanął w miejscu i dał mi chwilkę na złapanie oddechu, na szloch. Dlatego zawsze szlocham w nieodpowiednim miejscu i czasie. Dlatego stałam się płaczliwa i wrażliwa. Moja wrażliwość powala mnie samą swoją delikatnością. Jestem jak bezbronne dziecko, które na zakrętach własnej pamięci odnajduje odłamki szczęścia i beztroski.

Piętnaście miesięcy temu całowałam białą trumienkę, w której spoczęło Twoje małe ciałko córeczko. Wstałam z samego rana, tak naprawdę nie spałam już którąś noc z kolei. Nie mogłam czułam ogromny niepokój. Bałam się o Twoje ciałko, bałam się czy lekarz który zabrał mi Ciebie na badania okazuje Ci szacunek. Bałam się że nie traktuje Cię z poszanowaniem. To był dla mnie istny terror psychiczny, oczekiwanie na Twoje ciałko.

Nie mogłam znaleźć sobie miejsca z czterech ścianach naszego mieszkania, które jeszcze kilka dni temu wydawało się jaśniejsze, teraz stało się obce, ciemne, korytarz wydłużał się niemiłosiernie za każdym razem kiedy wykrzesałam w sobie tyle siły by podnieść się z łóżka. Ściany, sufit i podłoga zlewały się z jedną ciemną plamę, obraz zamazany wirował przed oczami po odpowiedniej dawce leków, dzięki nim przepełzłam przez ten pierwszy trudny i traumatyczny etap po stracie.

Łzy które cisnęły się do oczu zniekształcały do końca i tak rozmyty obraz codzienności. Zaprogramowana niczym automat wykonywałam codzienne czynności, bezmyślnie. Wskakiwał odpowiedni program o odpowiednim czasie i moje ciało wiedzione jakim dziwnym impulsem przemierzało długi korytarz by dotrzeć do kuchni i zrobić coś na obiad, nie ważne co, nie ważne jak, ważne by zaspokoić potrzeby dzieci.

Najtrudniejsze było okazywanie miłości, każde przytulenie chłopców, zapach ich aksamitnej i miękkiej skóry, siła bliskości, obezwładniały mnie. Mogłam tak trwać jak sparaliżowana siłą uczucia które musiałam stłumić. Zminimalizować. Leki działały.

Kiedy w końcu w piatkowe popołudnie  zadzwonili ze szpitala że możemy odebrać ciałko Otysi, otrząsnęłam się. Niestety tylko na chwilę, fala podniecenia jaka przeszła moje ciało, była potworna. Tak bardzo pragnęłam Ją zobaczyć, jeszcze jeden raz. moją maleńką córeczkę, moją miłość.

Droga do szpitala ciągnęła się niemiłosiernie, byłam strasznie podekscytowana i przerażona. Nie wiem co brało górę nad moim rozumem. Gdy podjechaliśmy pod szpital, nie mogłam wysiąść z samochodu, nie umiałam, każdy mięsień w moim ciele mocno się napiął i nie zdołał nawet drgnąć. R. nie pytał dwa razy, wiedział że nie dam rady. Czas mijał i mijał, a on nie wracał. Powoli mój umysł odzyskiwał kontrolę nad mięśniami, chciałam wybiec kiedy zobaczyłam w lusterku jak R. wraca. W ręku trzymał kartonowe pudełko.  Małe…

Bałam się zapytać, bałam się tej chwili, bałam się, tak zwyczajnie, tak czekałam a teraz …

Wsiadł i położył mi karton na kolanach, paraliż wrócił. Zamarłam. Bałam się zajrzeć do środka, tak bardzo się bałam. Miałam moją córeczkę na kolanach i nie potrafiłam się poruszyć. Z zamyślenia wyrwał mnie głos R. – Chcesz Ją zobaczyć.- oczywiście ze chciałam ale nie umiałam zapanować nad dłońmi, które tak spragnione teraz zastygły w bezruchu. – Czy Ty widziałeś…- zapytałam cicho. -Musiałem, musiałem wiedzieć czy to moja córeczka, tak to Otylka.

Delikatnie i niepewnie zaczęłam odginać karton. W środku był słój….

……………………………………………………………………………………………..

Kiedy wracaliśmy zapytał czy zabierzemy Pysię do domu, choć na chwilę … Nie miałam siły, zalana łzami siedziałam i szlochałam na przednim siedzeniu naszego auta. Miała takie sine ciałko. To zapamiętałam.

W domu pogrzebowym, Pani zapytała czy mamy nasze dziecko ze sobą. Odebrała od nas karton. Nie miałam siły na pożegnanie. Na nic nie miałam siły. Mojej córeczki nie było. Zostało Jej ciałko, takie … odmienione. Nie pamiętam swoich myśli, otumaniona emocjami i lekami byłam jak kukła. Pamiętam jak pojechaliśmy po kocyk, nie chciałam się z nim rozstać, ale wiedziałam że po to z nim spałam tyle nocy by moja córeczka miała przy sobie mój zapach, by było Jej cieplutko pod bialutkim kocykiem. Spojrzałam na półkę stały na niej dwa takie same misie, białe, milutkie, w czerwonych sweterkach, jeden dla nas drugi dla Pysi, i poświęcony medalik z Matką Boską. Zawieźliśmy te rzeczy, ale ja już nie byłam w stanie wysiąść z auta. Patrzyłam mętnym nieobecnym wzrokiem w dal… w Niebo… tak odległe… tak przyciągające i piękne…

W sobotę pojechaliśmy się pożegnać. Weszliśmy do pomieszczenia, w którym była ustawiona bialutka trumienka. Pan podniósł  wieko i wyszedł. Zostaliśmy sami w pomieszczeniu wyłożonym białymi kaflami. Emocje kotłowały się w nas niemiłosiernie. Popatrzeliśmy sobie w oczy… Spojrzeliśmy na misia który siedział i na nas patrzył i na kocyk. R. drżącymi palcami odkrył kocyk. Ciało Pysiuni spowite było w białą pieluszkę. Musieliśmy Ją zobaczyć. Była taka malutka. Małe usteczka się rozchyliły jakby chciała coś powiedzieć. Miała taki maleńki języczek. Obrzęk jakby ustąpił, paluszki były takie drobniutkie. Cała była drobniutka. – Jest taka zimna – łamiącym się głosem wydukał R. Nie miałam siły, opadłam na kolana. Nie miałam schematu jak przeżyć tą chwilę jak się pożegnać ten ostatni raz. Jak???? Nic więcej nie pamiętam, nawet nie wiem kiedy R. zrobił zdjęcie. Małe paluszki, schował je bym nie widziała, ale ja wiem gdzie je przechowuje, czasami tam zaglądam i nie mogę uwierzyć, nie pamiętam że miała taki kolor skóry… zapamiętałam zupełnie inny obraz…. zupełnie….

Niedziela… nie pamiętam jak minęła. Nie pamiętam. W poniedziałek rano, po długiej i nieprzespanej nocy, wślizgnęłam się do łazienki by z pięknych róż zrobić Pysi stroik z róż, ogromne serduszko z Aniołkiem. Nie wiem skąd miałam siłę, nie wiem. włożyłam w tą pracę całe moje serce, każdy kwiat musiał być idealnie dopasowany. Kiedy skończyłam tonęłam we łzach, ale wiedziałam ze muszę to zrobić sama. Dla mojej córeczki, coś osobistego.

Pamiętam cmentarz. Pamiętam jak szłam alejką niosąc w dłoniach serce z róż. Ramię w ramię szła przy mnie moja przyjaciółka. R. z chłopcami, nawet nie wiem gdzie się podziali. Stanęłam, zobaczyłam przez szklane drzwi białą trumienkę stojącą na katafalku. Moje dziecko, ból rozdzierał mi serce.

Kilka słów kapłana, przyniosło mi wtedy ukojenie, dziś nie pamiętam, wtedy też nie pamiętałam niczego. Wiem tylko że zanim wyszliśmy pocałowałam wieko trumienki. Chciałam Ją zabrać ze sobą. Myślałam że to nie dzieje się na prawdę. Pamiętam tylko że moje ciało przeszywały potworne dreszcze, a moje myśli i mój szloch przerywał szloch mojej przyjaciółki. R. płakał, silny facet pokonany swoim bólem. Mój tata, silny poważny facet też  płakał, teść też nie krył emocji…

I nagle staliśmy już nad grobem. Niczego nie pamiętam, kto stał przy mnie. Nie pamiętam żadnych słów. Nic… czarna dziura.

Biały krzyż.

Kolejny  w morzu białych krzyży….

i noc

pierwsza przespana noc od porodu.

Spokój duszy o duszę i ciałko Anioła…

Rok temu…

Leżę w białej sali, w białej pościeli, grube białe ramy w oknach skupiają moją uwagę bardziej niż widok za brudnymi szybami, szaruga w umyśle doskwiera bardziej niż odcienie szarości za oknem, umysł przytępiony farmaceutykami mimo wszystko napina się i próbuje przekręcać trybiki rzeczywistości.

Rzeczywistość połyskuje czernią, zupełnie nie pasuje do tej otaczającej mnie bieli Leże już drugą dobę, zmienia się personel. Biel pościeli mąci moja blada ręka opleciona przewodem doprowadzającym kroplówkę. Droga dożylną wpływają do obiegu płyny… czemu ma to służyć, powinien być to życiodajny płyn… który wprawi w ruch zastygłe serduszko mojej córeczki…

Moje martwe spojrzenie utknęło na kroplomierzu… kap…kap…kap… czas… płynie

Czas w którym mogę pożegnać się z moją córką, w którym mogę przyjąć do wiadomości że jej serduszko już nie zabije.. kap… kap, czas w którym nie jestem w stanie tego zrobić…

Leżę więc sama w tej białej do bólu sali… Rejestruje czasami biały fartuch pojawiający się w chwili otwarcia białych drzwi… Czy to lekarz czy położna, słyszę – - -Czekamy.

Od wczoraj nie miałam niczego w ustach i to wcale nie dlatego że nie czuje głodu, bądź czuje bunt, przecież czekamy na poród, muszę być na czczo, czy rozumiem ? sama nie wiem i niczego nie rozumiem… przytępiony umysł

Położna nastawia kolejną kroplówkę bardzo powoli, dochodzi osiemnasta lepiej żeby poród nie nastąpił na jej zmianie…

Na korytarzu gwar, zmiana personelu, a tu wolne kap…kap…

Uchylają się białe drzwi, do sali zagląda piękna twarz i cudownie miękkim głosem pyta – Nie czuje pani żadnych skurczy? Kiwam głową że nie, nie mam siły mówić.Nie mam siły się ruszać, nie mam siły myśleć, najchętniej nie miałabym siły by oddychać.

Po godzinie 19 wszystko zaczęło nabierać tempa na które mimo dwóch dni oswajania się, nie byłam przygotowana. Pewnie nikt nie pomyślał że kobiecie rodzącej martwe dziecko może być potrzebny psycholog. Ból był potworny. Przytłumiony umysł dostawał cios za ciosem i zaczął reagować ze zdwojoną siłą. To już. Narodziny dziecka… martwego dziecka.

Położna spytała- Da pani rade przejść pod prysznic? Zrobimy masaż. Wiem że jest to dla pani bardzo ciężkie przeżycie, ale musi być pani przygotowana że płodzik może wypaść pod prysznicem. Nie byłam chyba w stanie przetrawić tych słów, kiwnęłam kolejny już raz głową, że rozumiem… Na ostatnich nogach doczłapałam się pod prysznic, nie było to przyjemne uczucie, na szczęście nie wydarzył się ten najgorszy scenariusz. Doprowadziła mnie do łóżka i zapytała- Czy będą państwo chcieli pochować dzieciątko, muszę to wiedzieć teraz. Kiwnęłam głową i chyba pierwszy raz się odezwałam stanowczo – Tak. Kolejne skurcze szarpały moim ciałem, tak boleśnie i tak dotkliwie że zwymiotowałam, klęcząc przed fotelem położniczym. Kiedy już leżałam na plecach na fotelu, nie wiele pamiętam. Słowa -proszę przeć -odbijały się w mojej głowie jak piłeczki. Parłam już od kilkudziesięciu minut i nic nie zapowiadało końca, ból był coraz większy a ja coraz bardziej wyczerpana. Krzyczałam z bólu, z bezsilności, z rozpaczy… tak wielkiej i rozdzierającej moje serce rozpaczy. Usłyszałam nagle- Płodzik tak się ułożył że nie mogę go wyciągnąć pani doktor. Lekarka przejęła akcję porodową, niestety bezradność w jej oczach zaczęła napawać mnie strachem. – Też nie mogę…- spojrzała na mnie przestraszona i cała we krwi… Położna energicznie ja odepchnęła ja już opadałam z sił… błagalnie poprosiła o jeszcze jedno parcie, łożysko zaczęło się odklejać… Zmusiłam się nie wiem jak, ale czułam do Niej zaufanie. Słowa lekarki- Jak pani to zrobiła? uświadomiły mi fakt że moja córeczka jest już na świecie… nie było płaczu, nie było żadnego dźwięku…cisza…

Ogarnęła mnie ogromna rozpacz i zalewająca pustka. Położna szeptem wytłumaczyła przestraszonej, spoconej i zakrwawionej lekarce jak złapała małą i jak ją przekręciła, wyłapywałam tylko strzępki tej rozmowy…emocje przejęły panowanie nade mną …

Czekałam… nie byłam w stanie się odezwać, słowa ugrzęzły w gardle i wtedy usłyszałam- Chce pani zobaczyć płodzik? Musi pani wiedzieć że jest troszeczkę zdeformowany, to dziewczynka…- I wtedy moje stanowcze tak ugrzęzło mi w gardle… Wiedziałam że chcę, ale się zawahałam… emocje??? strach???       -Proszę mi pokazać rączkę córeczki- powiedziałam.- Chwileczkę przygotuję Ją pani. Czy chce ani ochrzcić córkę? Kiwnęłam głową że tak. Jakie imię wybrała pani dla dziecka. W końcu to powiedziała – dla dziecka- Nie dla płodziku, dla dziecka. To zapamiętałam najbardziej. Nie miałam Jej za złe, ale bolało mnie kiedy mówiła płodzik. -Otylia. – wyszeptałam. Poprosiła by powtórzyć, sama się ledwo zrozumiałam. – Otylia. Ochrzciła Motylke z wody, byłam Jej za to bardzo  wdzięczna.

Po czym położyła mi maleńkie ciałko Otylki na piersi, owinięte nie w pieluszkę tylko w zielony materiał chirurgiczny. Poczułam ciepło Jej ciałka. Była piękna, taka drobniutka mimo olbrzymiego obrzęku. Maleńkie stopki, z maleńkimi paluszkami tak bardzo je pokochałam. Szpiczasty nosek i te maleńkie usteczka… Zamknięte powieki, brak oddechu… biała pościągana skóra, tak delikatna, nie przygotowana na poród i białe rękawiczki położnej. Bałam się Ją dotknąć by nie zrobić Jej krzywdy. Zaczęłam gładzić maleńkie stopki… były cieplutkie…

Położna zapytała czy może zabrać małą na chwilkę, mówiła cicho i pełnym ciepła głosem, którym koiła moje skołatane myśli. Zważyła i zmierzyła moją córeczkę- 24 cm i 380 gram, czy podać Ją pani jeszcze? -Tak. Przytuliłam Ja do siebie, pocałowałam opuszek palca i musnęłam nim delikatnie główkę Otylki, mojego maleńkiego aniołeczka… byłyśmy ze sobą i dla siebie..,. świat przestał istnieć…

Potem niewiele pamiętam, przyszły dwie anestezjolog- To ta pani krzyczała ponad godzinę- zapytały. Dostałam znieczulenie i odpłynęłam… Chyba było mi dobrze, ale nie pamiętam, ostatnia rzeczą jaka zapamiętałam to lampy na suficie… Obudziłam się jeszcze na sali, łzy leciały mi po policzkach, rozczochrana i zmęczona lekarka pytała czy coś mnie boli, dlaczego płaczę… Kiwałam tylko przecząco głową fizycznego bólu nie czułam nawet jeżeli jakiś był… ale ból popękanego i rozkruszonego serca matki był nie do wytrzymania. Od tej pory byłam też mamą Anioła. W sali paliło się tylko małe światełko, lekko przełamujące ciemność, usiadłam na łóżku próbując zrozumieć co się właśnie stało… Położna była ciepła i wrażliwa, co chwilę przychodziła i pytała jak się czuję? Przyniosła pół szklanki wody, która niestety od razu zwymiotowałam. Zapytała czy mąż też chciałby się pożegnać z córką. Do tej pory o tym nie pomyślałam, ale rozmawialiśmy wcześniej i wiedziałam że by chciał. Mimo późnych godzin pozwoliła mu przyjść. Uprzedziła go również że Otylka nie wygląda jak donoszony noworodek, ale dla Niego nie miało to znaczenia, to jego dziecko. Przytulał mnie i płakał dopóki położna nie przyniosła nam córeczki. Był taki delikatny, tak bardzo poruszony… a kiedy powiedział jaka Ona piękna… rozsypałam się w drobny mak. Patrzeliśmy na jej purpurowe ciałko, takie bezbronne, takie zastygłe w bezruchu… bez iskierki życia.

Zapytał czy może zrobić zdjęcie, nie zgodziłam się, do dziś żałuje tej decyzji, że nie mam zdjęcia jak przytulam do piersi moją córeczkę, choć skrzętnie ten obraz przechowuję w sercu… wyryłam go sobie by nie poddał się upływowi czasu. Zrobił zdjęcie tych maleńkich stopek i rączek. Głaskał Otylke po jej maleńkim nosku, dotykał delikatnie jej ust, płakał jak bóbr. Wielki facet pokonany przez śmierć dziecka. Delikatnie przewrócił Jej główkę w bok, olbrzymi fałdzik skóry który się ukazał przerażał bardziej niż słowa lekarza – wysokie NT i obraz usg. Nie pamiętałam wielu szczegółów na które zwrócił uwagę R., po prostu ich nie widziałam. A jakie miała maleńkie uszy… takie mikroskopijne… Nie mogliśmy prześcigać się w znajdywaniu podobieństw … nawet nie widzieliśmy koloru Jej oczu…

Pożegnaliśmy naszą maleńka córeczkę… Oboje. To bardzo intymna chwila… Mieliśmy ten czas, który tak wielu matkom, rodzicom się odbiera….

Od tego momentu zaczął się w naszym życiu nowy etap, a na imię mu … żałoba..