29.01.2012(*)

mój Aniołek

Pamięci Naszej Niebiańskiej córeczki Otylii M.,

która odeszła do Nieba, zanim pojawiła się na tym świecie, mój brzuszek był jej kołyską do końca,

czuła ciepło i bicie mojego serca po raz ostatni 28 stycznia 2012roku.

Przyszła na świat 29 stycznia 2012 roku, o godz 20.30

mierzyła 24 cm, i ważyła około 400 gramów.

Tuliłam do piersi moją martwą córeczkę, głaskałam Jej stopki i  szpiczasty nosek

Jej ciałko takie cieplutkie… bez iskierki życia…

Moja ciąża, czas wielkiego oczekiwania zakończył się  po 23 tygodniach walki…

Nie umiem powiedzieć czy przegraliśmy…może kiedyś znajdę sens…

Nigdy ale to nigdy, nawet jeśli wiedziałabym, że moje dziecko powiększy grono Aniołków….

nie oddałabym tej ciąży…nigdy!!!

Ból, cierpienie, łzy zwątpienia przeplatały się łzami szczęścia, z radością i miłością…taką mimo wszystko…

Zostałam wybrana by być mamą Anioła, moja córeczka została wybrana…w to wierzę

Ona żyje we mnie, w moim sercu, w mojej pamięci… nie pozwolę Jej umrzeć jeszcze raz.

 

aniołek

Odeszła moja córeczka moja malutka córeczka…postanowiła zostać Aniołem…a może to nie ona tak postanowiła, może ktoś postanowił tak za Nią…

Boże czy to była Twoja wola???

28 styczeń 2012 wstaję rano i drżącymi palcami rozwijam kabel od słuchawek detektora, chwilę się waham ale muszę usłyszeć serduszko mojej Motylki, przekręcam włącznik i nasłuchuję …cisza, nie to niemożliwe sprawdzam przesuwając detektor po brzuchu, nie ma bicia serduszka, ale to przecież niemożliwe nie jestem na to gotowa, Boże tylko nie to, wyłączam detektor, wmawiam sobie że Motylka się przekręciła, nie mówię nic mężowi. Wczoraj wieczorem kiedy słuchałam serduszka Motylki biło jakby wolniej, proszę męża by posłuchał, ale on twierdził że mi się wydaje…wiem że mi się nie wydawało…biło inaczej. Wstałam z łóżka zrobiłam śniadanko dla mojej rodzinki, nie byłam w stanie nic przełknąć, udaję że nic się nie stało, sprzątam…w końcu nie wytrzymuję biorę detektor, kładę się i przykładam …cisza. Nie umiałam powiedzieć nic mężowi, nie umiałam sama przed sobą się do tego przyznać, nie umiałam przyjąć tej myśli do siebie, to nie może być prawda!!! Moja córeczka umarła we mnie w nocy mam nadzieję że we śnie….

Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej, miałam wstać rano i zrobić torcik dla Mikusia, w niedzielę powinien zdmuchnąć 3 świeczuszki na torcie urodzinowym. Zapakowaliśmy się do auta, Robert nie krył zdziwienia, że chcę jechać do szpitala na oddział położniczy sprawdzić tętno, ale nie protestował pojechaliśmy. On został  z chłopcami w aucie, ja poszłam sama. Przyłożyłam palec do dzwonka, nie czekałam długo. Salowa obiecała zawołać położną, gdy poprosiłam o ktg. Otworzyły się białe drzwi po prawej stronie a w nich ujrzałam uśmiechniętą położną, która zdążyła nawet zażartować: „A co będzie jak i ja nie znajdę tętna?’ Niestety, Ona też nie znalazła, przykładała raz, drugi, trzeci, była coraz bardziej podenerwowana, zawołała lekarza, poproszono mnie do przejścia na salę obok na usg. Położyłam się na zielonym prześcieradle, nie mogłam powstrzymać łez, nie chciałam przyjąć do świadomości tego co za chwilę było mi dane zobaczyć. Serduszko Motylki nie biło………. Nic się nie poruszało na tym czarno-białym monitorze, zarys moje córeczki był…taki nieobecny…martwy. Gin przejrzał dokumentację, po czym stwierdził, że pamięta mój przypadek z poprzednich pobytów w szpitalu. „Trudno”powiedział…na tyle było go stać. Zaproponował zastrzyk na uspokojenie, po tym nie pamiętam co do mnie mówił, wyszłam na zewnątrz, tak bardzo chciałam by ktoś mnie przytulił, nie musiałam nic mówić, mąż zrozumiał.

Pojechałam do domu spakować torbę, nie czułam w sobie pustki, Motylka cały czas była w moim brzuchu, nie chciałam uwierzyć w to że nie przytulę jej pachnącego mleczkiem ciałka, że nie przytulę do piersi, że nie zobaczę jak stawia pierwsze kroczki. Tyle myśli przewijało mi się przez głowę. Zastrzyk lekko przytępił zmysły. Mąż zawiózł dzieci do swojej mamy. Nie chciałam rodzić w swoim mieście. Najpierw pojechaliśmy do szpitala, do którego miałam skierowanie, ale jak weszłam w te zupełnie obce mury…nie miałam odwagi szukać obcych ludzi i oczekiwać od nich…serca i zrozumienia. Nie miałam na to siły. Bez słowa wróciłam do samochodu, pojechaliśmy do szpitala w którym rodziłam Mikusia, ale tam również czułam się jakoś obco. Nie chciałam by krzątali się koło mnie obcy ludzie, nie miałam siły niczego tłumaczyć, ze przyjechałam do porodu, że moje dziecko nie żyje. Wróciłam do auta i wróciliśmy do naszego miasta. Nie chciałam rozstawać się z moją Motylką. Miałam nadzieję że ktoś się jednak pomylił, że może serduszko bije. Zgłosiłam się na oddział ginekologiczny, do położnej która mnie przyjmowała na oddział, od razu poczułam zaufanie. Lekarz założył tabletki, położna podłączyła kroplówkę w sobotę po 18.00…i tak leżałam do niedzieli do 19.00…wtedy zaczęły się skurcze.

29 stycznia 2012roku urodziłam moją kochaną i wyczekiwaną córeczkę…martwą…

W 11 tygodniu zdiagnozowano bardzo wysokie NT – 9mm. Fałdzik na karku przekształcił się w torbiele limfatyczne, podejrzewano wadę genetyczną, jednakże amniopunkcja genetyczna wykazała kariotyp prawidłowy…kiedy zaczęliśmy wierzyć że nasze maleństwo przeżyje…pojawił się nieimmunologiczny obrzęk płodu. Ostatnia wizyta w poradni prenatalnej… skierowanie do szpitala ze względu na krytyczny stan płodu…cisza w detektorze…poród. Nie moja córeczka nie przegrała swojego życia, mimo że takie króciutkie miało sens.  Obie wygrałyśmy to nasze spotkanie… Myślę że Ona walczyła tak długo właśnie dla tego spotkania, walczyła dla mnie… I tylko dlatego że urodziłam po 22 tygodniu, poród został zakwalifikowany jako poród martwego dziecka, a nie poronienie…. ale to już zupełnie inna historia i na nią przyjdzie czas. Przygotowania do porodu i sam poród były nieporównywalnie ciężkie zarówno psychicznie jak i fizycznie… ale nie oddałabym tych chwil kiedy trzymałam na piersi moją córeczkę, moją maleńką MOtylkę, moją córeczkę, moje wielkie marzenie…

52 myśli nt. „29.01.2012(*)

  1. ~Adriana Falińska lat 37

    Bardzo mi przykro. Wiem co Pani przeszła, urodziłam dzieci w 42 t.c. (Karolinę Kingę i Izabelę Marię). Karolinka urodziła się 2 września o 13.20, miała 2500 gramów i 55 cm, a Iza o 13.25, miała 2560 gramów i 62 cm. Niestety Izabela umarła na bulimię i białaczkę, w wieku 5.10 lat, ważyła 20 kilogramów, mierzyła 118 centymetrów, zmarła 14 lipca o 15.50. A Karolina miała anoreksję, ale wygrała z nią po 4 miesiącach walki, nie wiem jakim cudem. Teraz Karolina jest w pokoju, i gra na komputerze, i czuje się znakomicie, obecnie ma 15.6 lat, a anoreksję miała 7 lat temu. Urodziłam także trojaczki (Jana Julka, Karola Szymona i Marka Patryka i miałam urodzić Sandrę Lilianę, ale zmarła podczas porodu). Jasiek waży 34 kilogramy i mierzy 1.23, Karol waży 32 kg i mierzy 1.27, a Marek waży 33 i mierzy 1.26, mają po 12.4 lata. Rodzinka się kocha, a Iza i Sandra pewnie siedzą ze zmarłymi celebrytami :).

    Odpowiedz
  2. ~Marcela

    21 lipca 2015r zostałam mamą aniołka. Urodziłam swojego synka Janka w 25tc, nie żył od dwóch dni, ważyło zaledwie 390g i 25cm. Przyczyną było niewydolne, chore łożysko. Mój przypadek różni się od Twojego tym, że od 20tc (drugich badań prenatalnych) wiedziałam, że moje dziecko umrze. Nigdy tego nie zapomnę, kiedy doktor powiedział nam, że łożysko jest chore, z widocznymi plamami, które mogą być zmianami nowotworowymi. Mój świat stanął w miejscu! Mimo tej tragicznej wiadomości, walczyliśmy z mężem o syna do końca, jeżdżąc od doktora do doktora. Teraz ze strachem czekam na wynik histopatologiczny. Może jest mi dane zobaczyć i poznać swojego syna wcześniej? Może już nigdy nie będę mogła mieć dzieci? Może już nigdy nie będę w pełni szczęśliwa? Jest mi tak trudno pogodzić się z tą sytuacją, że zaczęłam szukać podobnych przypadków w necie. Dlaczego? Nie wiem, może żeby było mi lepiej, że nie jestem sama? Może dlatego, żeby zrozumieć i się z tym pogodzić? Czy w ogóle da się pogodzić ze stratą swojego dziecka???

    Odpowiedz
  3. ~natalia

    Mnie też spotkało takie same przeżycie, urodziłam synka Oskara w 37tyg z wado wrodzono serca, prawa aorta w ogóle nie funkcjonował, urodził sie 30 maja 2015 roku i zmarł po godzinie tego samego dnia:(

    Odpowiedz
      1. Anonim

        Mój synek urodził się w 33 TC i ważył 910 gram przez CC. Zmarł po 5 dniach. Minęły dopiero 3 miesiące i stwierdzam że nie da się zapomnieć….

        Odpowiedz
  4. ~O.

    Niestety mojego Braciszka spotkał podobny los… On urodził się za wcześnie i nieprzeżył….. Łączę się w cierpieniu z moim drugim Braciszkiem (już żonatym).

    Odpowiedz
  5. ~Paulina

    Ja urodziłam w 7 miesiacu synka Filipka poród wywolywany od 6 mc lezałamna patologi zaczełam krwawic i ze na 8 rano rodzimy…urodziła Filipek byl siny ale podobno to normalne u wczesniakow mial wade serca hipoplazje lewej komory serduszka nikt nie chciał go operowac po 3 dniach dopiero powiedzieli ze jest chory szukałam pomocy na własna reke nikt mi nie pomogl profesor skalski zgodził sie na operacje potem w monachium profesor Malec zgodził sie na dwie kolejne … Niestety Filipek zmarł po 13 dniach i jednej godzinie przelot smiglowcem do Krakowa zmeczyl go dostałam telefon ze po kilkugodzinnej reanimacji zmarł… Po tygodniu pojechalam karawanem po jego ciałko mialam 5 min na pozegnanie sie z nim .. Nie wygladal juz tak samo… byl bladziutki zimny i glaszczac go czułam ze malutkie kosci pozapadały sie…. mineło już 6 lat a bol jest nadal taki sam tesknota jeszcze wieksza …

    Odpowiedz
  6. ~mama aniołka Szymusia

    Witam,Bardzo pani współczuje i sciskam ogromnie,wiem co pani przezyla,to sraszne uczucie stracic dziecko,,ja straciłam synka w 37tyg ciąży 18.09.2014,,nie wiem dlaczego to sie stalo bo ciaza przebiegala idealnie,nad ranem odkleilo mi sie nagle lozysko i dostalam krwotoku i odeszly mi wody,czulam ogromny bol brzuchu,w drodze do szpitala nie czulam ruchow mojego malenstwa,podlaczono mnie pod ktg a tam cisza,potem przyszedl lekarz i tez cisza,zabrano mnie na cc wtedy wiedzialam juz ze cos jest nie tak ,podano mi narkoze,gdy sie obudzilam nastala straszna cisza.nie slyszalam placzu synku,na kortarzu dowiedzialam sie od siostry ze moj skarb nie zyje,do tej pory nie moge w to uwierzyc i sie pozbierac,moj maz pracuje w niemczech i przyjechal dopiero nastepnego dnia,,okazalo sie ze dziecka nie dalo sie uratowac,umarl w domu od razu po odklejeniu sie lozyska,mial 53 cm i wazyl 2850,zobaczylam go dopiero w dniu pogrzebu,tak slodko spal ubrany na bialo jak kby mial isc do chrztu,ale gdy dotknelam jego twarzy to byl taki zimny,to bylo straszne przezycie pochowac wlasne dziecko,tak bardzo go pragnelismy i czekalismy na niego,czuje ogromny bol w sercu,pustkee i zal,,przy zyciu trzyma mnie moj starszy synek,Bartus ma 4 latka i jest chory na autyzm,czemu bog nas tak pokaral,,,bardzo tesknie za swoim aniolkiem,teraz zostalo mi tylko odwiedzanie go na cmentarzu i wielki smutek,,,

    Odpowiedz
    1. aniolkowamama90

      Eh.. chyba czujemy podobnie też miałam wrażenie że to kara po rozmowie z księdzem i bliskimi zapewniają że nie.
      Ale skąd możemy to wiedzieć? To ma być dla nas próba ??
      Mój synek udusił się przez pępowinę, najgorsze jest to że czasem mam wrażenie że zmarł w moje urodziny :(
      Wywoływany poród, bez znieczuleń który trwał długo pamiętam wszystko co do sekundy i wiara do końca że będzie jakiś cud że jak urodzę to będzie żył. Był taki cieplutki gdy go trzymałam na rączkach nigdy nie zapomnę :*

      Odpowiedz
  7. ~Angel

    Bardzo serdecznie Pani współczuję, doskonale wiem przez co Pani przechodzi. W 20 tygodniu ciąży urodziłam synka, to był normalny poród, synek ważył 470 gram, został ochrzczony w szpitalu ale niestety umarł, straciłam go i tego bólu nie da się opisać żadnymi słowami. Jedynie osoba która przez to przeszła ma o tym pojęcie, pamiętam każdy moment, gdy zaczęło się coś dziać, wolne tempo lekarzy i brak odpowiedniego podejścia, byłam bardzo młoda, miałam 18 lat. Mój synek Szymuś miałby teraz 19 lat, po tylu latach jest troszkę lżej ale ból został i każdy pobyt na cmentarzu i dzień Jego urodzin przypomina mi tamten dzień. To bardzo przykre dla kobiety i tragiczne dla matki. Niech nasze Aniołki śpią. Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego, oby z każdy dniem, miesiącem, rokiem było Pani lżej.

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      Bardzo mi przykro
      (*) zapalam światełko pamięci dla Pani synka …
      Trudno przeżyć śmieć dziecka …
      Dziękuję za pozdrowienia
      Pozdrawiam również ciepło
      Dużo sił życzę

      Odpowiedz
  8. ~marta

    dokładnie wiem co Pani czuje … ja 21-go stycznia rano na kontroli dowiedziałam się , ze serduszko mojej córeńki w ciągu godziny przestało bić i nie ma odruchów życiowych … widziałam ją taka spokojna nie ruszała sie w brzuszku wcale … jak nie ona przez całą ciąże była bardzo ruchliwa . 22-tego stycznia o 07-12 urodziłam moja kochana córeczkę Lenkę niestety martwą do końca miałam nadzieje, ze zapłacze , ze lekarze sie pomylili ale niestety tak nie było … tak wszyscy na nią czekalismy pierwsza wnuczka moich rodziców … widzieli swoją wnuczkę ale w trumience :( ciągle mam pytanie DLACZEGO DLACZEGO AKURAT ONA !!! tak bardzo mocno kocham swojego aniołka moją śliczną malutką córeczkę tak bardzo jej pragnęliśmy

    Odpowiedz
  9. ~anna

    Witam! Ja również stracilam córeczkę , w 26 tyg ciąży, miała 960g, przestawała się rozwijać, miała wadę serca. Dopiero po 23 tyg, miałam problem z szyjką, w szpitalu nic nie zauważyli że z dzieckiem jest nie tak. Założony miałam szew. Po tym na usg lekarka zauważyła że coś nie tak z sercem. Jak poszłam na lepsze USG, potwierdził lekarz, że coś z sercem – jakby brak tętnicy płucnej. Powiekszone nerki, obrzęk. Z tymi wynikami udaliśmy się do doc. Dangel, specjalistki od serduszek. Okazało się że jest wada serca, niby operacyjna ale wykryto wcoraz wiecej zminan, obrzęków, nerki, główka, podejrzenie cech zespołu DandyWalkera, za wcześnie na wywołanie porodu bo małe szanse przeżycia a stan dziecka sie pogarszał. Zrobiono nam jeszcze pobranie krwi pępowinowej na badania genetyczne które im się nie udały. W 26 tyg wylądowałam w szpitalu z zatruciem ciążowym indukowanym cążą, urodziłąm córeczkę która umarła w czasie porodu. Była malutka ale śliczna. Sekcji zwłok nie zrobiliśmy, w zasadzie opróćz wady serca i zmian pochodnych niczego nie potwierdzono.Nie byłam na pogrzebie Gabrysi bo miałam problemy z ciśnieniem i mój okropny pobyt w szpitalu sie przeciągał,
    Po tym zrobiliśmy z mężem badania kariotypu, które niczego nie wykazały. Minęło 14 m-cy, jestem w 4m-cu ciąży, porobiłam możliwe badania, na razie jest dobrze ale po takich przeżyciach dopóki nie zobaczę i przytulę to nie uwierzę . Nie pogodziłam i nie zamierzam pogodzić się ze śmiercią Gabrysi. Jest w moim srcu. Ciągle zastanawiam się czy wszystko zostało zrobione, może gdybym w lepszym szpitalu rodziła? Te pytania zostanA otwarte. Teraz mam lęk, przed szpitalem, brak zaufania do lekarzy,całej tej pseudo opieki lekarskiej, gdzie liczy się tylko kasa. Są wyjątki oczywiście, bywają lekarze z powołania, ale ogólnie oceniam zwłaszcza szpital w którym byłam tragicznie, zero podejścia do pacjenta, wszystko odbywało sie z góry, pacjent był traktowany przedmiotowo, strasznie. Niestety trzeba liczyć i dbać o siebie samemu!

    Odpowiedz
  10. ~Nowisia

    Kochana, tak strasznie mi przykro i tak bardzo Cię rozumiem:( sama straciłam w podobny sposób naszą wyczekiwaną córeczkę Zosię. To było 25 września 2010 roku. W 39 tygodniu prawidłowo przebiegającej ciąży przestała się ruszać. Nie dopuszczałam myśli, że może być coś nie tak. Przecież to nie może spotkać mnie. Wszystkich dookoła ale nie mnie…A jednak. Najpierw KTG, moje tętno 140, potem USG i brak bicia serduszka. To był najkoszmarniejszy dzień w moim życiu. Po roku znów zaszłam w ciążę. Byłam przeszczęśliwa!! w 13 tygodniu w wigilie wylądowałam z krwawieniem w szpitalu. 6 tygodni walki, zapalenie pęcherza, przetaczanie krwi w końcu zakażenie ogólne i poronienie w 19 tygodniu. Wtedy jak wyszłam ze szpitala dziękowałam Bogu, że żyję. Powiedziałam sobie nigdy więcej. Nie miałabym siły już więcej znieść. Tymczasem w sierpniu test pokazał 2 kreski. Byłam zszokowana, zła i spanikowana. Strasznie się bałam. 2 maja urodziłam mojego najwspanialszego synka Stasia:) Dziś ma 8 miesięcy i jest małym łobuziakiem. Każdego dnia dziekuję Bogu za to, że go mam. Choć ciągle pamiętam te koszmarne wydarzenia wiem, że można w życiu zaznać szczęście. Moim jest moja starsza córka (12 l), moje 2 aniołki w niebie i mój Skarb Stanisław. Dzieki nim trzymam się w pionie.

    Odpowiedz
  11. ~karopuch

    Często zaglądam na Twojego bloga,niestety nie regularnie,ale codziennie myśle o Tobie i Twojej córeczce. Ja sama bedąc w 11tc straciłam moje dzieciątko.Niektórzy mowili,że przesadzam,że to nie było dziecko tylko..tylko co?Jakby nie nazwali wiem ,ze to było moje dziecko.Bardzo cierpiałam,mój ukochany też.Płakał wraz ze mną.Moi rodziece płakali,siostry i przyjaciółki.Ja miałam to szczęscie mieć bliskich obok siebie,obcy mam gdzieś.Potem udało sie zajść 2raz,do 12tc tylko ja i maż wiedzielismy,w 15tc reszta się dowiedziała.Badania, usg conajmniej raz w miesiącu i co? 32tc cesarka.WALKA!!! 920g ,32cm i 1 punkcik za serduszko!Za wole walki dalabym mu 100 :) I wygrana walka,dziś patrząc na mojego 5latka wiem ,ze jego rodzeństwo nad nim czuwało i kiedyś mu opowiem,że pewne aniołki zawsze będą nad nim czuwały.Jestem z Tobą całą duszą i myślami.Trzymaj się cieplutko.

    Odpowiedz
  12. ~mery

    Witam! Jak ja rozumiem wszystko to o czym piszecie, Ja straciłam Kacperka gdy miał 21 mies. był wcześniakiem z 27 tyg z wagą 850 g Przeszedł wiele w swoim małym króciutkim życiu. Największe szkody wyrządził mu wirus cytomegalii. Zawsze za malutki za króciutki ale kochany. Bardzo dużo łez popłynęło po jego twarzy. nieprzespane noce, sen 4 h na dobę to była u nas norma. Mogłabym pisać całymi dniami o tym co przeszliśmy. W efekcie końcowym Kacper miał 21 mies 7 kg wagi i 74 cm .W poniedziałek 21 maja mieliśmy operację na oczka. 22 zostaliśmy wypisani do domu. 23 maja Kacper odszedł w domku śpiąc obok swojej mamy. Zasnęliśmy obok siebie a obudziłam się tylko ja. Mam córcie 7 l. jest cudowna i zdrowa. Pogodziłam się z odejściem Kacperka ale nadal tęsknię. Ból przestał rozrywać serce ale kawałek serca został razem z nim.

    Światełka dla naszych aniołków

    Odpowiedz
  13. ~Ola

    Przeczytałam i popłakałam się strasznie…tak strasznie Ci współczuję…Patrzę właśnie ma moją półroczną córeczkę, spokojnie śpiącą i nie wyobrażam sobie jej stracić. Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam i życzę Ci wiele sił…

    Odpowiedz
  14. ~Tonia2

    Mogę cię tylko pocieszyć że bół jest ogromny ale mija. Opowiem z miare możliwości jak najkrócej moją historie jaka mnie spotkała w ty okrutnym życiu. Mam cudowną i piękna nastolatę z poprzedniego związku. Teraz ma męza od 6 lat. Nasze piersze dziecko rodziłam 4 h ( tzrymając ją całą noc na rękach, wisiała na pępowinie bo łożysko nie chciało wyjść) po tym jak w 13 tyg przestało bić serduszko naszej Natali z niewyjaśnionych przyczyn. Każdy z nas tą tragedie przezywał inaczej. Ja rzuciałam paleni dla następnego dziecka, on zaczął pracować po godzinach i zamiast nas łączyć ból po stracie to nas rozdzielał Po 7 m-cach stwierdziliśmy że się rozstaniemy bo się nie dogadywaliśmy. Ostatni seks i następne tygodzień rozdzielania rachunków, kredytów i pokoi tak żeby każdy mógł prowadzić swoje życie. Impreza w domu dla przyjaciół żeby poinformować że w zgodzie się rozstaliśmy. Na drugi dzień dziwny kac ( takiego nie miała nigdy ). Do tej pory nie wiem co mnie podkusiło żeby zrobić test. W pracy wyskoczyłam do apteki, później wc i o Jezu dwie kreski a my teraz osobno. Postanowiliśmy być razem aż do końca ciąży bo nie wierzyliśmy że długo to potrwa. Poszłam do gina w 2 tyg, badania ok. W 12 tyg badania toxoplasmozy wyszły nie tak o co się pokłóciłam ( wiedząc że miałam styczność z dzikimi kotami ). Mąż stwierdził że jak minął ten przeklęty tyg to pójdę prywatnie. Ja zaczełąm cieszyć się szybciej niż on pomimo zdjęć usg. Miałam robione tysiące badań bo mam nadciśnienie i chore nerki. Wszystkie wychodziły prawie wzorowo. W 18 tyg zaczełam robić sobie zdjęcia jak z SYNKIEM rośniemy. Radość rosła razem z każdym tyg. Naciskała już na wybór imienia, proponowałam. Na początku zgodził się na Jonatan, później ja się uparłam że będzie Nikodem. Wizyty co dwa tyg w 20, 22, 24, 26 usg trwało już godzinę. Lekarz stwierdził że nie może się dopatrzyć przez moją tłusze ( a wcale taka gruba nie byłam). W 28 tyg, dnia 21 listopada 2013 stwierdził że mam wielowodzie i dostałam skierowanie do szpitala w Szczecinie 300 km dalej. Na skierowaniu było napisane – wielowodzie, poszerzony układ komory mózgowia, wada płodu. Wpadłam do domu i oczywiście dr google. Wyczytałam że to wodogłowie ale z tym się da żyć. Pełna nadziejii pojechałam w czwartek do szpitała wiedząc że nikt z rodziny mnie nie odwiedzi bo za daleko. Dopiero tutaj zaczeła się moja gehhenna. W piątek zrobili mi profesionalne usg a w poniedziałek na rannym obchodzie dowiedziała się że zgubili moje usg więc zrobią mi nowe. Po 5 dniach leżenia chciałam tylko żeby mi zrobili usg i wypuścili do domu. Popołudni proszenia się zrobili mi usg, wodogłowie się nie poszerzało. Wykryli że ma zarośnięty przełyk i ma ubytek w przedsionku ale powiedzieli że potrzebują kosultancji.Każda następne usg pokazywało coś nowego .Czwartek, mam pojąć deyzję czy podejmę się wykonania badania inwazyjnego zw kordocentezą (pobierają próbkę krwi z pępowiny) który wyjaśnia czy są choroby genetyczne gdzie ryzyko utraty ciąży wynosi 1 %. Wizyta męża bardzo mi pomogła psychicznie, przegadaliśmy wszyskie za i przeciw co do zabiegu. Polubownie zgodziliśmy się że to będzie Daniel Zgodziłam się na zabieg,ale tylko dlatego żeby oni nie ja wiedzieli jak go mają ratować. W poniedziałek zrobili mi zabieg (bolało bardziej w głowie niż w ciele ). Na wynik trzeba było czekać ok 7 dni. W wtorek stwierdzili że wody się nie powiekszają, Pani docent tak się przykro zrobiło że nikt mnie nie odwiedzi na drugi dzień w moje imieniny.W środę zrobili mi morfologie. Na wieczornej wizycie dowiedziałam się że miałam już wypis ale źle mi wyszła morfologia. We czwartek prawie wszystko ok tylko wieczorem poczułam dużo większe upławy ale nie plamienie. W piątek 6 grudnia czekałam na badanie i doszły mnie słuchy że mają już wyniki. Zawołali mnie na badanie przed 15, mówiąc mi że te wyniki są bardzo złe. Moje pytanie brzmiało powiedzcie mi że to trisomia 21, to był jak niesprawiedliwy wyrok zespół Edwarsa. Nie mogłam opanować łez. po badaniu okazało się że wypływają mi wody i mam 3 cm rozwarcia. Miała tylko chwile na spakowanie się żeby przenieść się na porodówkę. Pomagały mi wszystkie ukochane położne i stażystki, miałam tylko chwile na telefon do męża z diagnozą i zapytaniem czy ma na imię mieć Daniel (dziwię się że zrozumiał mnie pośród tysiąca łez). O 16h wylądowałam w pokoju porodowym. o 16:10 zalałam cały pokój swoimi 3 razy większymi wodami a o 16:20 trafiłam na sale operacyjną na cc. Nasz bąbelek ( bo tak był nazywany od samego początku) przyszedł na świat o 16:31 w piątek 6 grudnia i od razu trafił na intensywną terapie. W sobote odwiedził mnie mąż z córką i moją mamą. Wizyty na intensywnej terapi noworodków były tylko o 12 i 17. Poszłam pierwszy jaz z mężem. Widok był taki piękny i taki straszny. Nasz synek żył, ur o wadze 900 g i 33 cm w 31 tyg. Nie wyglądał na takiego małego. Łzy nam leciały same ale z radości że żyje. Udało mu się tak długo wytrwać choć chłopcy z tym zespołem mają najmniejsze szanse. Radość nie trwała długo przyszedło ordynator i powiedział wprost – Jak byśmy wiedzieli na co jest chory to byśmy tak o niego nie walczyli, jeżeli będzie miał chwile zachwiania to nie będą go reanimować. Taki człowiek potrafił nas zesłać na ziemię, nie dawali mu szans. Następna wizyta skończyła sie po 15 min, tak płakałam że lekarze mnie nie mogli uspokoić i mnie wyprosili z itn.Po tel. ciotki zrozumiałam że musze mu dać siłę. Mieliśmy nadzieje że tak sie stało, jak przychodziłam do bąbelka to ruszał rączkami i nóżkami. Zmniejszali mu ilość tlenu a on i tak dalej walczył. Z każdym dniem wydawało się że jest lepiej. Wypisali mnie w poniedziałek, kazałam im walczyć o mojego syna więc tak musieli robić ,musiałam wrócić do domu SAMA.Wtorek tel o 12 bez zmian jaka ulga,radość, tel o 17 już raz go reanimowali. Kazali czekać w nocy na telefon jakby gdyby. O 8 dostałam tel że o 7:40 po trzech próbach walki o jego życie zmarł. Dzisiaj mija miesiąc od śmierci naszego bąbla – aniołka. Nie wiem co będzie dalej ale jest mi łatwiej to wszystko znieść po Natalii i że wiem że to niczyja wina. Ani lekarza, ani moja, jestem tą szczęściarą która miała okazje widzieć, pogłaskać, pokochać na zawsze i tą której się to przytrafiło. Więc trzymaj się, bo ból jest ogromny ale mija.Wklejam stronę https://www.facebook.com/barbara.marsz .Może uda cię wejść i zobaczyć zdjęcie mojego aniołka.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      Toniu tak bardzo mi przykro że musiałaś dołączyć do naszego grona Aniokowych Mam
      Bardzo współczuję straty synka
      (*)(*)(*)
      Chciałabym wierzyć że ból mija, i chciałabym doświadczyć takiego dnia kiedyś to poczuję Toniu
      Dziękuję bardzo że napisałaś do mnie
      że podzieliłaś się swoją historią
      i że dałaś mi możliwość poznania Twojego synusia, który walczył o swoje życie jak moja córeczka…
      Ściskam Cię cieplutko

      Odpowiedz
  15. ~renata aniolkowa mama

    wspolczuje z calego serca wiem jaki to bol stracic dziecko,wyczekiwane i kochane.Dzis jest 11 miesiecy jak moj maly synus Davidek dolaczyl do grona aniolkow.Czytam co pani pisze i mysle jakze nasze odczucia sa podobne,nasze obawy i mysli.Wiem jaki to bol i moge powiedziec ze nie ma na swiecie wiekszego nieszczescia jak smierc dziecka.mnelo tyle czasu a ja nie wiem jak zyc,mysle o Davciu ciagle,ktos by powiedzial to nie prawda przeciez ona sie usmiecha i zyje dalej!!!!!!!!,ale co to za zycie wie tylko ten kto stracil dziecko bo wraz ze smiercia ukochanego malenstwa umiera czastka nas na zawsze.Zycze sily i wiary i mam nadzieje ze nasze aniolki patrza na nas z gory.

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      Witaj
      Dziecko odchodząc zabiera część swoich rodziców, część mnie umarła razem z Oti… tego już się nie da przywrócić do życia…
      Ja uczę się nadal jak żyć po stracie… i uczyć się będę chyba do końca świata…
      Dla Twojego synka Dawidka światełko pamięci (*)
      Tulę cieplutko

      Odpowiedz
  16. ~Gosia

    Czytając Twoją historię to tak jakbym czytała swoją.. Lili była naszym cudem. Lekarze nie dawali nam szans na dziecko a jednak.. Myślałam że juz nic złego stać się nie może… do momentu usg w 12 tc… Potem było jak u Ciebie. Ciągły strach rozpacz przeplatany z nadzieją, której nikt nam nie dawał. Lili prawdopodobnie miała zespół Turnera. Urodziłam ją 8 maja 2013 roku w 24 tc. Ważyła i mierzyła tyle cm co Twoja Otylia. Nie wiem czy jeszcze kiedyś zdarzy się cud i bedziemy jeszcze mieli dziecko. Wiem jedno że mam Liliane która czuwa nade mną każdego dnia i kocham Ją najbardziej na świecie… Pozdrawiam i ściskam wszystkie mamy Aniołkowe :*

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      Bardzo mi przykro że musiałaś dołączyć do grona Aniołkowych…
      Ja też wiem że nasza córeczka czuwa nad nami…
      Pozdrawiam Cię ceiplutko
      Dla Lilii światełko(*)
      Ja do momentu amniopunkcji też przygotowywałam się za Zespół Turnera…

      Odpowiedz
    2. ~Mama Lili

      Moja Lili też była cudem. Pojawiła się po wieloletnich staraniach o dziecko, była wynikiem inseminacji. Radość z ciąży była ogromna. Również w 24 tygodniu na skutek zakażenia wewnątrzmacicznego odeszły mi wody i lekarze przeprowadzili c.c. Lili ważyła 730 gram szczęścia… Po operacji zamknięcia przewodu Botalla wystąpiły komplikacje ze strony nerek. Malutką podłączono do dializy otrzewnowej. Było coraz gorzej, stan się pogarszał. Wreszcie lekarze oznajmili, że nie ma już szans i moja córeczka umiera… Pożegnałam się z nią, a następnego dnia odeszła… Wczoraj ją pochowaliśmy. Mój świat legł w gruzach, nie mam motywacji do życia. Ten ból jest straszny!!!

      Odpowiedz
      1. ~Gosia

        Wiem, że ból jest straszny. Jutro mija rok od narodzin Liliany. Nie da się opisać tego co my mamy aniołków czujemy. Ja każdego dnia walczę by wstać z łóżka. Ból nie mija, wydaje mi się że więcej siły miałam zaraz po narodzinach niż teraz rok po… Kiedy jest ciężko to myślę co bym robiła gdyby Lili żyła i np. dziś piekę torta na jej pierwsze urodziny :) Wiem ktoś powie że zwariowałam. Może i tak ale myślę że Ona by tego chciała żebym jutro razem z jej Tatusiem spędziła miło czas. Zrobimy pizze, zapalimy świeczke na torcie i będziemy razem a Ona wierzę w to mocno, razem z nami! I dopóki będę żyła tort na Jej urodziny będzie!! A Tobie mamo Lili życzę dużo sił. Nasze dziewczynki są!! i czuwają i dają siłę. Wiem co czujesz i nie będę Cię pocieszać że to minie, bo nie minie. Musiałybyśmy wymazać z pamięci nasze dzieci a tego nie chcemy :) Przytulam Was mamcie Aniołków! :*

        Odpowiedz
        1. gemini Autor wpisu

          Witaj Gosiu
          Masz rację ból czasami zdaje się rosnąc w siłę, w miarę upływu czasu, dlatego tak bardzo ranią mnie słowa, że czas leczy rany… bzdura.
          Ja również piekę tort dla mojej córeczki, taka nasza tradycja. Nie chcę zapomnieć. Mam troje dzieci.
          zapalam światełko pamięci dla Lilianki(*)(*)(*)
          Tulę mocno w tęsknocie….

          Odpowiedz
  17. ~klaudia

    Witam. Przez przypadek napotkałam się na Pani bloga i muszę przyznać , że dał mi on dużo do myślenia. Odkąd go zobaczyłam i przeczytałam Pani wpisy wiem , że nie jestem na świecie jedyną osobą, która przezywa ogromny ból po starcie najcenniejszego skarbu jakim jest dziecko. Z całego serca Pani współczuje bo wiem co to znaczy ból i rozpacz po stracie swojego maleństwa. Ta pustka , która ogarnęła nasze ciało i umysł , ból – towarzyszący każdemu dniu , ten krzyk wołający o pomoc i codzienne szukanie sensu życia jest nie do opisania .. Mam dopiero 18 lat a już zostałam Mamą Aniołka. Codziennie zadaję sobie pytanie ‚ dlaczego’ ale nikt nie zna na to pytanie odpowiedzi. Straciłam swojego synka- Kubusia w 14 tc. , 13.09.13. Nie potrafię wyrazić w słowach co wtedy przeżyłam i co przeżywam do tej pory. Nie umiem odnaleźć się w codziennym życiu, wszystko straciło swój dotychczasowy kolor. Wierzę , że to kwestia czasu by pogodzić się ze stratą dziecka i oswoić się z bólem, który noszę w sobie. Podziwiam wszystkie kobiety, które dały sobie radę po tak ogromnym przeżyciu, bo ja póki co czuję się bezsilna .. Pozdrawiam i jeszcze raz składam ogromne wyrazy współczucia.

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      Witaj Klaudio nie jestem żadną Panią…
      Bardzo współczuję straty synka, tak bardzo boli kolejna wiadomość o Aniołku…
      Zapalam światełko pamięci dla Kubusia(*)(*)(*)
      Klaudio czy dały radę , ciężko powiedzieć…
      czas nie leczy ran
      śmierć dziecka kruszy serce matki na miazgę nawet jeśli uda się jej je poskładać już zawsze będzie słabe, pokiereszowane…
      można przeżyć żałobę
      przepracować
      ale nic nie zmieni bólu i cierpienia
      czasami nie pokazywanego na zewnątrz tylko tłamszonego w sercu….
      Tulę

      Odpowiedz
  18. ~natalia

    czytam i płaczę wspominając chwilę jak tuliłam mojego Synka po porodzie wiedząc, że nie ma żadnych nawet najmniejszych szans na przeżycie. Do dziś zastanawiam się dlaczego Bóg tak nas doświadczył… Tak jak i Ty wierzę w to, że zostałyśmy wybrane przez Boga, że nasze dzieci zostały wybrane. On miał w tym jakiś cel. Musimy w to wierzyć. Musimy wierzyć, że kiedyś spotkamy Nasze Maluszki w Niebie. A to będzie z pewnością Nasz najszczęśliwszy dzień.

    Dla Naszych Aniołków [*] [*] [*]

    Odpowiedz
  19. ~mama aniołków

    ja jutro obchodzę 3rocznice śmierci swojej córki, umarła 13 lipca w 30 tyg. Do 38 tyg byłąm jej trumną a zarazem zyciem dla jej brata, który niedługo konczy 3 lata. Wiem, rozumiem, tesknie. MNIe nie dane było jej przytulic i zobaczyc,pochowac, ale zawsze w tym dniu palę swoja swieczkę. Pamiętam , kocham , tensknię Emi.

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      Zapalam światełko pamięci dla córeczki
      *….((……….((…..
      *….) (………) (….
      *…( ♥ )……( ♥ )….
      *.._ ‚|’_……._’|'_…
      **( „”"”" )**( „”"”" )**
      *************************
      Ja też dałam zycie i ululałam Ją do śmierci, moje ciało zamiast kołyską stało się trumną……..
      Tulę

      Odpowiedz
  20. ~sandra

    czytam i płacze…brak słów…przyjdzie czas i spotkasz swojego Aniołka jeszcze raz już na zawsze będziecie razem…

    Odpowiedz
  21. ~Ania

    Wiem jaki to ból. 25 stycznia 2012 r. o 18:30 umarła nasza Majusia. Miała 8 miesięcy i 3 dni. Jej serduszko nie wytrzymało.

    Odpowiedz
  22. ~Ewelina

    Nawet nie wiesz jak bardzo rozumiem twój ból. Jestem mama dwóch aniołków chociaż dopiero mam 22lata los mnie strasznie skrzywdził nie pozwolił mi nawet usłyszeć bicia serduszka moich aniołków.
    Pozdrawiam Mama Aniołków

    Odpowiedz
  23. ~Agnieszka

    Bardzo Pani współczuję. Wiem, co Pani czuje, ja straciłam Synka Wojtusia w 35 t. c. (3 tyg. przed planowanym c.c.). Urodził się 7.05.2013, a c.c. miało być 1.06. w Dzień Dziecka… Tego dnia ja straciłam cały sens życia, wszelką motywację. Bardzo chciałam zostać mamą i walczę o to od 6 lat. Ale najpierw były dwa poronienia, a potem przestało bić serduszko Wojtusia. Wojtuś był zdrowym chłopcem. Nikt nie wie, dlaczego to się stało. Nie wiem, czy kiedyś jeszcze zostanę mamą… taką ziemską… Wiem, że w niebie czeka mnie co najmniej trójka dzieci, ale tutaj… Nikt jeszcze nie powiedział do mnie „mamo”…, nikt się nie przytula, nie ma radości z pierwszego kroku, z przyniesionej piątki…jest tylko BÓL, wszechogarniający, i pustka, i łzy. Pani ma dla kogo żyć. Ja mam pusty dom…

    Odpowiedz
    1. ~gemini

      Zapalam światełko dla Pani Aniołków
      …(……-:¦:-….-:¦:-….
      _(,)_………(…..-:¦:-….
      (____)….._(,)_……….(
      ………….(____)……_(,)_
      .-:¦:-.)……._(,)_…..(____)
      Bardzo mi przykro z powodu Pani straty…
      Dla mnie dzień dziecka jest też szczególnym dniem w tym dniu przyszedł na świat mój pierwszy syn, faktycznie nie umiem się postawić w Pani sytuacji, rzeczywiście ja usłyszałam już słowo mamo, bardzo mi przykro, naprawdę, ale to że usłyszałam to słowo nie umniejsza to mojego bólu i mojej pustki mojej straty….
      Mam nadzieję że kiedyś wołanie mamo, zagłuszy pustkę w Pani domu
      Pozdrawiam

      Odpowiedz
      1. ~Agnieszka

        Oczywiście to, że ma Pani dzieci, nie umniejsza to Pani straty. Myślę, że każda strata dziecka boli tak samo… Naprawdę Pani współczuję i łączę się w bólu. Zarazem dziękuje za ten blog, bo pomaga mi w przeżywaniu żałoby. Może kiedyś sama coś też napiszę…
        Pozdrawiam ciepło

        Odpowiedz
        1. gemini Autor wpisu

          Przepraszam że może źle odczytałam Pani myśli…cieszę się że mogę jakoś pomóc, choć bezwiednie, pisze co czuję jest mi tak łatwiej, myślę że ta terapia była trafiona, mam nadzieję że Pani znajdzie ukojenie w bólu, ściskam serdecznie
          dla Aniołków(*)

          Odpowiedz
  24. ~gabrysia

    witam!
    nie wiem co Pani przeżyła i nadal przeżywa, bo to cały czas będzie w Pani sercu i umyśle. Ja też żyję obawą co powie mi lekarz kardiolog przy mojej 10-miesięcznej córce, bo lekarka usłyszała jakieś szmery nad sercem i morfologia wyszła taka sobie. Mam nadzieję, że Pani ułoży sobie życie i córeczka będzie Panią wspierała z nieba.

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      Witam, dziękuję za miłe słowa, ciepłe i kojące, mam nadzieję że u Córeczki nie będzie komplikacji, moi synowie tez mieli szmery na sercu, jak starszy miał 6 miesięcy lekarz powiedział są szmery prawdopodobnie dziura w sercu… byłam w szoku…ale skończyło się na strachu
      POzdrawiam serdecznie

      Odpowiedz
  25. ~Beata

    Dziękuję za Pani Blog; brzmi niestosownie ale naprawdę dziękuję. Weszłąm tu całkiem przypadkowo dzisiaj i przeczytałam wszystkie wpisy. Jesteśmy w podobnym wieku, mam dwoje dzieci-dziewczynkę 7 i chłopca 5 lat. Nie przeżyłam pani tragedii choć Oliwia urodziła się z niedotlenieniem i wiele czasu minęło nim przestałam się martwić o jej stan zarówno fizyczny jak i psychiczny. Uświadomiła mi Pani, że bycie matką nie jest moim niezbywalnym prawem, że życie jest ulotne. Czytając Pani wpisy inaczej spojrzałam na moje dzieci i zamiast irytacji na ich kłótnię, którą usłyszałam z ich pokoju poczułam czułość i rozczulenie, wdzięczność, że są.

    Odpowiedz
    1. gemini Autor wpisu

      To ja dziękuję, też czasami się irytuję ale jestem tylko człowiekiem, wartości… ważne by doceniać to co się ma tu i teraz, by niczego nie żałować.
      POzdrawiam serdecznie

      Odpowiedz
  26. ~ania

    Czytam i ryczę.. a łzy ciurkiem spływają po policzkach.. tak bardzo Pani współczuję.. ja też prawie straciłam synka po porodzie w 34 tyg. Było zapalenie płuc i sepsa, śniły się trumienki, nikt mnie nie rozumiał.. na szczęście synek żyje, biega i śmieje się do ludzi.. On wygrał swoje życie.. Pani pozostają wspomnienia i nieodłączny przyjaciel – Ból :(

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>